piątek, 9 listopada 2018

Leon Łuszczewski, pierwszy „Pan Tadeusz”.


„Niesłychanie ujmujący uśmiech, jasne a suggestywne spojrzenie, twarz piękna, prawdziwie męska uroda, wytworność całej postaci” – tak ówcześni opisywali Leona Łuszczewskiego, artystę teatrów szyfmanowskich, Teatru Narodowego, a także Teatru Artystów w Warszawie.
Leon Łuszczewski był uważany za aktora charakterystycznego, którego walory, czyniły zeń w teatrze  niezastąpionego w pewnych rolach.
            Dlatego reżyser Ryszard Ordyński, to jemu właśnie zaproponował rolę Tadeusza w mickiewiczowskiej epopei. 
Czy słusznie? Czy jego umiejętności zostały należycie wykorzystane w filmie? Raczej nie, skoro kilka lat później, tak opisywano jego udział w filmie: „Rola ta jednak nie daje należytego obrazu możliwości aktorskich Leona Łuszczewskiego, którego aparycja i ekspresja predestynuje na stuprocentowego amanta salonowego” – cyt. z tyg. „Kino”, 1932 r.        
                                         Premiera filmu: 9 listopad 1928 rok.

         

piątek, 27 lipca 2018

"Upiory Atlantyku"


     Mając 10 minut do autobusu postanowiłam wejść do księgarni. Jakżeby inaczej. Przeglądając tytuły, natknęłam się na powieść Antoniego Marczyńskiego „Upiory Atlantyku”. Takie książki nie cieszą się chyba zbyt dużym zainteresowaniem, skoro była wetknięta w najciemniejszy kąt półki, zasłonięta innymi, bardziej popularnymi tytułami.
     Zaintrygował mnie opis na końcu, a był on taki:
     „Frapująca opowieść napisana w okresie niezwykłego zainteresowania pierwszym przelotem z Ameryki do Europy w 1927 roku. Lotnicy, próbujący powtórzyć ten wyczyn, giną jeden po drugim w falach Atlantyku. Świadek katastrofy samolotu „Victoria”, młody amerykański dziennikarz Ralph Bronson, postanawia rozwikłać zagadkę ich śmierci; skłania go do tego ekscentryczny naukowiec oraz narzeczona jednego z poległych śmiałków , piękna Polka, Halina Horska. Wiele faktów wskazuje na spisek linii oceanicznych , które wykorzystując niewielkie pirackie okręty, strącając samoloty, obawiając się, że rozwój lotnictwa zagrozi transatlantyckiej żegludze pasażerskiej…”.
     Opis wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłam ją kupić.   
     Jeżeli książka wzbudziła Wasze zainteresowanie, to w warszawskiej „Księgarni na Pradze”, zostało jeszcze kilka sztuk.

piątek, 6 lipca 2018

Ulubieniec Piłsudskiego - scenarzystą pierwszej polskiej farsy filmowej.


Bolesław Wieniawa – Długoszowski. Znany z zamiłowania do kobiet, koni i koniaku. Pierwszy Ułan II Rzeczypospolitej o którym opowiadano liczne anegdoty, posiadał inny, mało znany talent. Potrafił pisać i to nie zgoła gorzej.
„Pióro” zbliżyło Wieniawę do środowisk artystycznych, najpierw w Paryżu, a potem w Warszawie. W czasie jednego ze spotkań w kręgu artystów filmowych poznał Ferdynanda Goetla, zdolnego scenarzystę.
Z tej znajomości narodził się pomysł współpracy, a w efekcie stworzenie scenariusza filmowego – komedii „Ułani!... ułani!... malowane dzieci…”.
 Film pod wieloma względami był innowacyjny. Chociażby był to pierwszy polski film komiczny. Po drugie był to pierwszy stuprocentowy film mówiony i śpiewany. Po trzecie udźwiękowienie odbyło się całkowicie w kraju w hali „Falanga”. Po czwarte zastosowano system gagów – pomysłów zbiorowych.
Na pytanie co skłoniło Wieniawę – Długoszowskiego do napisania scenariusza filmowego, odpowiedział: „Od dawna myślałem o stworzeniu naprawdę wesołego polskiego filmu … A gdzież to życie jest weselsze, ma więcej humoru, uroku, aniżeli w wojsku, wśród ułanów…”.         
„To też ten właśnie temat postanowiłem zużytkować do pierwszej polskiej farsy filmowej i zabraliśmy się z Ferdynandem Goetlem do roboty. Pisaliśmy scenariusz , myśląc przede wszystkim o wykonawcach głównych ról Dymszy i Krukowskim, których uważam za tak rzadkich u nas przedstawicieli groteski!... Do tego jeszcze Zula Pogorzelska – moim zdaniem – po prostu natchniona w grotesce!… Sądzę, że z takim zespołem osiągniemy nasz cel, którym jest rekord śmiechu!...”
Wreszcie nie było powielanego tematu policmajstrów, szpiegów, spelun czy amantów- uwodzicieli, które zaczęły nużyć publiczność.
Premiera miała miejsce 5 stycznia 1932 roku w kinie „Casino”.
I chociaż film był kasowym sukcesem, to przez krytyków został uznany za przeciętny, któremu zabrakło tego czegoś wyjątkowego.






wtorek, 3 lipca 2018

Konkurs piękności samochodów.

W ostatnia niedzielę czerwca 1932 roku, odbył się w Warszawie konkurs piękności... samochodów.
"Kurier Warszawski" tak opisywał to wydarzenie:

Na podstawie zdjęć, jakie znajdują się w zbiorach NAC z innych lat, możemy sobie wyobrazić, że tak to mniej więcej wyglądało w 1932 roku:

Samochody biorące udział w konkursie. 1930 rok. Zdjęcie NAC.

Jury konkursu pod przewodnictwem wiceministra komunikacji Juliana Piaseckiego (siedzi przy stole 3. z lewej). 1937 rok.  Zdjęcie NAC. 

środa, 20 czerwca 2018

Twórcy muzyki filmowej lat '30.


     Trzy różne indywidualności, które zdominowały filmowy rynek muzyczny w Polsce w latach ’30: Władysław Dan, Henryk Wars i Jan Maklakiewicz.

     Jan Maklakiewicz reprezentował rodzaj muzyki poważnej, o strukturze symfonicznej, z nader bogatą instrumentacją i polifonią. Tworzył utwory muzyczne o niepowszedniej wartości artystycznej.  Skomponował ilustracje muzyczną do filmu „Pod Twoja obronę”. W jego kompozycjach odnosi się wrażenie, że niektóre sceny filmu to plastyczna ilustracja wizualna dla utworu muzycznego, a nie odwrotnie.

                                                                                        Zdjęcie ze zbiorów NAC.

     Władysław Dan tworzył kompozycje kameralne o zabarwieniu lirycznym. Skomponował  m.in. muzykę do filmu „Pałac na kółkach”. Dwie piosenki z tego filmu: slow – fox „Idę za głosem tej pieśni” oraz żywy w rytmie, niebanalny marsz „Floretta”, uważane były za najsłabsze w jego dorobku. Jeśli chodzi o kunszt rozłożenia piosenki na głosy – to Dan jest zdecydowanym mistrzem. Perełką jest przerobiony przez niego na chór „Walczyk mojej prababci” Supe’go oraz „Georgia”, foxtrott Gorella.

                           Zdjęcie ze zbiorów NAC. Władysław Daniłowski, pseudonim "Dan" z żoną Bronisławą Nobisówną.

     Henryk Wars, reprezentant utworów jazzowych. Kpiarz, wesołek i żongler tonów. Skomponował, chociażby ścieżkę dźwiękową do filmu :Jego ekscelencja …subiekt”. Potrafił bawić się motywem muzycznym, a czynił to tak zręcznie, z takim humorem, że jego utwory były tak łatwe i zrozumiałe, że przemawiały do każdego. „Złociste włoski” czy „Tyle miłości znajdziesz w sercu mem…” za Eugeniuszem Bodo nuciła cała Polska. Dobry żart i dowcip w ilustracji muzycznej to drugie imię kompozytora. Każda piosenka Warsa to kompozycja zrobiona z jednego materiału, zarówno motyw, jak i refren.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Witold Conti. Z Berlina przez Paryż do Polski.

     Witold Conti urodził się w Polsce, ale wraz z rodziną przeprowadził się do Berlina, w którym mieszkał 14 lat. 
     Po wojnie przeniósł się do Poznania, gdzie ukończył gimnazjum, po czym wstąpił na wydział prawny. Wytrwał tylko rok po czym zdecydował, że woli zostać aktorem. Wyjechał do Paryża, aby kształcić swój warsztat aktorski w tamtejszym konserwatorium. Po ukończeniu konserwatorium udał się do Berlina, gdzie odbył pierwsze próby głosu przed mikrofonem w „Ufie”. 
     W Paryżu dostał angaż do niemieckiej wersji filmu „Miss Lohengrin” oraz propozycję głównej roli w polskim filmie „Janko Muzykant”. Propozycję przyjął. Było to w roku 1930.
 

piątek, 15 czerwca 2018

Futro w lodówce.


     W sezonie letnim garderoba modnej pani w II RP rozrastała się o modele nowych sukni. W tym celu trzeba było zrobić miejsce w szafie i pozbyć się tych rzeczy, które zabierały najwięcej miejsca, a najwięcej miejsca zabierały… futra. 
     W Warszawie można było oddać futra do specjalnie do tego przygotowanych magazynów w gmachu Teatru Wielkiego.

     Drugą opcją było oddanie futra do lodowni. Temperatura była tam tak niska, że dozorca, wchodzący do nich na kontrolę, sam musiał przywdziać futro.





sobota, 2 czerwca 2018

Jak wyglądała produkcja filmu w 1900 roku?


W roku 1900 kinematografia była jeszcze bardzo młodą sztuką – istniała zaledwie pięć lat. Ten krótki okres czasu wystarczył, aby ludzie zorientowali się, że wynalazek braci Lumière ma przed sobą ogromną przyszłość.

Studio - podstawa wszelkiej produkcji filmowej. Początkowo nakręcano filmy na świeżym powietrzu. Przypadek sprawił, Georges Méliès, słynny wynalazca w dziedzinie kinematografii, wpadł na pomysł kręcenia filmów w zamkniętym lokalu. Proces ten, wyglądał jednak w roku 1900 zgoła inaczej niż obecnie. Wielkie jupitery, dające sztuczne światło zastąpione były dziennym światłem. Do tego celu montowano  w studio duże okna i szklany sufit. Najgroźniejszym wrogiem operatora był zapadający zmrok lub chmurne niebo.

Pole widzenia aparatu.  Do spodu aparatu przyczepiano dwa sznurki, które przeciągano w lewo i w prawo, następnie mocowano je także do brzegów dekoracji – tak wyznaczano pole widzenia aparatu i na tym tylko terenie aktor mógł się jedynie poruszać.                                                                                            
Aktorzy.  W pierwszych filmach francuskich aktorzy nie byli zawodowcami. Zdarzało się, że mechanik, maszynista czy stolarz studia dostawał rolę amanta. Powierzanie ról filmowych krewnym i przyjaciołom reżysera, długo obowiązywało w studiach Méliès’a i Pathé’go.

Montaż i ubarwianie taśmy. „Po nakręceniu filmu przystępowano do montażu i do ubarwienia taśmy. Pierwsze filmy było bowiem kolorowe. Barwienie filmów odbywało się w specjalnych atelier paryskich, pozostających pod kierownictwem dwóch malarek. Dysponowały one kilkudziesięcioma pomocnicami, z których każda wyspecjalizowana była w jakimś kolorze czy nawet odcieniu. Taśmę barwiono ręcznie (…). W kilka lat później wytwórnia Pathé’go wprowadziła barwienie przy pomocy szablonów[1]”.


Miniatura studia wykonana przez A. Alamedy




[1] Cyt. z tygodnika „Kino”.

czwartek, 31 maja 2018

Spacer po Łazienkach Królewskich w 1936 roku.


W ostatnią niedzielę maja 1936 roku, spacerowicze przechadzający się po alejach Łazienek Królewskich, mogli wydłużyć swój spacer, bowiem przyłączony do Łazienek park belwederski, oddano do użytku publicznego.
*****
Przez prawie 140 lat sukcesywnie pomniejszano Łazienki. Od momentu wyjazdy z Warszawy Stanisława Augusta, park łazienkowski ulegał stopniowym przeobrażeniom i obcięciom. Najpierw odłączono od Łazienek duże tereny parku Sobieskiego, za czasów Królestwa Kongresowego wydzielono ogród botaniczny, a za rządów rosyjskich odseparowano park belwederski. W 1927 roku pomniejszono Łazienki przez zbudowanie hipodromu sportowego.
*****
Pracę przygotowawcze trwały kilka miesięcy. Teren powiększono o około 11 ha obszaru. Odtąd przestrzeń całego parku wynosiła 66 hektarów.
Najwięcej czasu, a zarazem trudu przysporzyła niwelacja głębokiej fosy oddzielającej park belwederski od starych Łazienek. Ponad to rozszerzono ulice spacerowe, ścięto drzewa, aby otworzyć tereny wcześniej przysłaniane. Utworzone nowe aleje, które połączyły oba parki. Z kolei angielski typ parku na terenie ogrodu belwederskiego został całkowicie zachowany.

*****
Miłośnicy Łazienek mieli odtąd możliwość spoglądania na pełną panoramę majestatycznego parku królewskiego.


Warszawa. Łazienki. Fragment parku. Zdjęcie NAC.

Międzynarodowe Zawody Hippiczne na hipodromie w Łazienkach Królewskich w Warszawie. 1934 rok. Zdjęcie NAC.


niedziela, 27 maja 2018

Mały filuterny kapelusik.


Wiosna 1936 roku wprawiła modne panie w nie lada kłopot… a to za sprawa kapelusza. 
Wybór kapelusza stanowił poważny problem, zwłaszcza że na wystawach magazynów, pojawiły się niezliczone szeregi nowych modeli.
Kapryśne w fasonach, nie zawsze dające się dostosować do wymagań dystyngowanej elegancji, która za wszelką cenę unikała zbyt śmiałych i wyzywających form.
Niekwestionowanym zwycięzcą był toczek. Problem w tym, że malał w oczach. Służył już tylko do zakrycia jednego loczka nad czołem, pozostawiając większość włosów odsłoniętych.
Mimo to, repertuar form i przybrania był bardzo bogaty. Toczki wykonane w całości ze sztucznych kwiatów, jak: bratki, niezapominajki, margerytki. Toczki przybrane wstążkami, piórami czy nawet całymi ptaszkami ( tych ostatnich rozsądna pani unikała). 
Panowała rozmaitość materiałów wykonania: od różnorakiej słomki do panamy. Do tego lakierowane i celofanowe przetykania w specjalnych materiałach na kapelusze.
Takie to cuda noszono na głowie wiosną 1936 roku:







czwartek, 10 maja 2018

7 typów widzów w dwudziestoleciu międzywojennym.


WIDZ – LEKTOR.

Zmora siedzących obok. Człowiek odczytujący głośno, lecz z mozołem wszystkie napisy i długo je później komentujący. Pisał o nich Julian Tuwim w „Kinochamach”.

***

WIDZ – KRYTYK.

Znał się najlepiej na sztuce filmowej, nic go nie dziwiło i nic nie wzruszało. Tupał swoją krytyczną nogą, kiedy obraz był puszczony minutę później. Gdy taśma przerwała się na chwilę, lub jakaś scena była zamglona – nabrzmiewał ze złości, krzycząc z oburzeniem – PORZĄDKI!!! Kiedy widz krytyk przychodził do kina ze znajomym, ów znajomy musiał słuchać wywodów o marnej reżyserii, o fatalnym dźwięku, o niezgrabności aktorów, o licznych błędach i wadach wyświetlanego filmu, aż znajomemu również odechciało się patrzeć na ekran.

***

WIDZ – ZNAWCA

Kinomaniak, który na danym filmie był, a ponownie przyszedł tylko dla towarzystwa. Ciągle opowiadał, z nie małym przejęciem, co się wydarzy w następnej scenie.

- Zobacz, on ją teraz pocałuje, a ona go wyrzuci za drzwi.

I rzeczywiście tak się działo. Po czym znawca dodawał: „A nie mówiłem!”

***

WIDZ, a raczej WIDZOWIE – ZAKOCHANI / ONA I ON

W najodleglejszym kącie sali siedzieli zakochani. Im było wszystko jedno, na jaki film przyszli, byle był długi. Ich dialogi były niemal identyczne jak te na ekranie:

- Kochasz mnie?

- Kocham!

-No to pocałuj mnie! itd.

***

WIDZ – ZAKOCHANY W AKTORZE/AKTORCE

Siedzą dwie panienki i dyskutują:

- Ach ten Brodzisz…

-Co tam Brodzisz, spójrz na Bodo!

Po czym ich dyskusja, męcząca dla siedzących obok, zmieniała się w cichą kłótnię.

– Co ty tam wiesz, nie znasz się.

I siedzą obrażone na siebie, a wpatrzone w swoich idoli.

***

WIDZ  - DLA ZABICIA CZASU

Przychodził do kina dla „zabicia czasu”. Spojrzeć przez pryzmat innych widzów, ten typ był najmniej szkodliwy dla innych, ponieważ po chwili od rozpoczęcia filmu już sobie smacznie spał.

***

WIDZ – DZIWADŁO

Ten typ widza był podobno najmniej spotykany. Siedział spokojnie, nie jadł cukierków, nie komentował, tylko oglądał film.

środa, 9 maja 2018

Aleksander Ford

Aleksander Ford już w dwudziestoleciu międzywojennym, uważany był za czołowego reżysera polskiej awangardy filmowej. 
Debiutował eksperymentalnym, krótkometrażowym niemym filmem „Nad ranem” – całkowicie bez napisów, przemawiający jedynie „językiem filmowym”. Dwuaktówka ta wywołała powszechne zainteresowanie nową, jak na owe czasy, formą.
Drugim filmem Forda, tym razem długometrażowym był dramat psychologiczny p.t. „Maskota”. Później nakręcił dwa filmy krótkometrażowe: „Narodziny i życie gazety” i pierwszy polski reportaż „Tętno polskiego Manchesteru”.
Filmem przełomowym w twórczości Forda był „Legion ulicy”. Jak sam twierdził – chciał stworzyć udramatyzowany reportaż z akcją. Film ten uzyskał Złoty medal „Kina”, jako najlepszy z produkcji krajowej w roku 1932.
Rok później Ford zrealizował reportaż z życia nowej Palestyny pt. „Sabra”, a następnie „Przebudzenie”, które wywołało dużo zastrzeżeń. Sam o swoim dziele powiedział: - „W „Przebudzeniu” popełniłem błąd, który polegał na mylnym założeniu. Film musiał być inaczej realizowany, niż pomyślany, gdyż zagadnienie, o które mi szło, nie mogło się zmieścić w ramach możliwości , jakimi dysponowałem. Na każdym kroku napotykałem na niezliczone trudności wszelkiego rodzaju, których zwalczać nie było sposób. Mimo wszystko jednak, zdziwiło mnie jednomyślne, negatywne, ale dość powierzchowne stanowisko krytyki”.

Na pytanie, czy jest awangardzistą, Ford odpowiedział: „Uważają mnie powszechnie za awangardzistę. Kwalifikacja ta jest skądinąd dla mnie zaszczytna. Ale obawiam się, że pojęcie „awangarda” jest przeważnie mylnie interpretowane, jako wyraz pracy cudacznej. Awangarda ma na celu poszukiwanie nowych wartości, ale niekoniecznie w formie, lecz i w treści, zaczepiając o inne dziedziny sztuki”.
Zdjęcie: Hartwig Edward, zbiory NAC.


Ogrody jordanowskie.

Na początku 1936 roku Towarzystwo ogrodów Jordanowskich w Warszawie prowadziło 6 placówek:1. Pierwszy ogród Jordanowski mieścił się przy ul. Bagatela 2. Zajmował on obszar 2 hektarów.
2. Drugi ogród o łącznej wielkości ½ ha, znajdował się przy Hożej 88.
3. Trzeci ogród przy ul. Wawelskiej, miał 2 ½ ha.
4. Czwarty ogród położony był na Wybrzeżu Kościuszkowskim 4 i zajmował powierzchnię 1 ½ ha.
5. Piąty umieszczony był na Woli, przy ul. Ludwiki 6 o powierzchni 1 hektara.
6. Szósty ogród zbudowany przez Towarzystwo na Żoliborzu przy barakach dla bezdomnych, oddany został Towarzystwu „Osiedle”.
Jak podaje „Kurier Warszawski”, w 1935 roku korzystało z tych ogrodów stale 12.342 dzieci, prócz tego 1, 659 dzieci było na półkoloniach letnich i zimowych, prowadzonych na terenach ogrodów jordanowskich. W liczbie tej 3, 663 dzieci miało karty wstępu bezpłatne indywidualne, a 2.312 – karty zbiorowe bezpłatne. Karty zbiorowe wydawano dla grup szkolnych i przedłużano z miesiąca na miesiąc. Karty bezpłatne wydawane były przede wszystkim na legitymacje bezrobotnych. Dwa ogrody Towarzystwa, tzn. przy ul. Hożej 88 i na Woli były bezpłatne, jedynie grupy szkolne wnosiły pewne opłaty. Najchętniej uczęszczane były ogrody na Powiślu i na Woli.

Zdjęcie: NAC



"Prokurator Alicja Horn"


Dobry film na wieczór z lat 30-tych? Może „Prokurator Alicja Horn”, osnuty na powieści Tadeusza Dołęgi – Mostowicza, pod tym samym tytułem. W recenzji z 1933 roku, kiedy to ów film wszedł na ekrany kin, czytamy: „Konstrukcja filmu jest zwarta i realizacja ciekawie ujęta. Jadwiga Smosarska w roli tytułowej zdobyła się na kreację nową i udatną. Gra jej miejscami posiada dużą skalę ekspresji dramatycznej. Franciszek Brodniewicz, jako Drucki – Winkler, ma świetne warunki zewnętrzne, bodaj, że tak go sobie wyobrażają czytelnicy powieści Mostowicza. Zosia Mirska w roli Julki ma wdzięk, jest naturalna, swobodna i ujmująca. Zdjęcia dobre. Reżyseria staranna”.

Lena Żelichowska

„Kobieta –wamp, kobieta – demon, kobieta – szpieg i mnóstwo innych określeń tego typu przylgnęło do mnie jak rękawiczki i nie opuszcza ani na chwilę. W życiu, w filmie, na scenie, na ulicy, w kawiarni – wszędzie, wlecze się za mną niby potwornych rozmiarów tren sukni, owo nieszczęsne powołanie. A ja? Nieprawda – ja nie jestem vampem; nigdy nie myślałam o tym, że los obdarzy mnie akurat takim „genre” bycia filmowego” – cichym, niskim głosem żaliła się aktorka Lena Żelichowska w 1937 roku.